niedziela, 21 sierpnia 2016

I'm still alive

Za około miesiąc blog wróci po dłuższej przerwie. Ale żeby nie była to tylko sucha informacja - wrzucam do tego krótką historię grunge, którą kiedyś przedstawiłem na osi czasu. Takie absolutne minimum i dobry punkt startowy dla kogoś, kto zna tylko "Smells Like Teen Spirit", a chciałby ruszyć dalej.

czwartek, 26 maja 2016

Poligon nr. 4 - Poligon nr. 4



Ponieważ od wydania poprzedniej płyty kultowego w pewnych kręgach zespołu Poligon nr. (tak, jest tam kropka) 4 minęło już 5 lat, a nowy album, który rzekomo jest już gotowy od kilku lat (zaraz się okaże że druga płyta była gotowa jeszcze przed pierwszą) podobno zaczyna być już realną perspektywą. pozwolę sobie pokrótce opisać pierwszą płytkę tejże kapelki.

Na początek kilka słów wyjaśnienia – zespół szczyci się że jest jedynym polskim zespołem z oficjalnie wydaną płytą określoną jako grunge. Nie wiem na ile to
jest chwyt marketingowy, ale w połączeniu ze sztandarowym w pewnym momencie
hasłem głoszonym przez zespół - którego skład od tamtego czasu zdążył się już kilka
razy zmienić, a jedynym stałym członkiem jest tu wokalista używający tylko enigmatycznego pseudonimu „Gutek” (Gustaw?) – brzmiącym To jest punk rock, a nie filharmonia – takie określenie staje się zdecydowanie niewiarygodne nawet ze strony samego bandu. Wystarczy dodać do tego napisane w większości po polsku teksty krążące wokół problemów w stylu „jestem tu wyzyskiwany”, „wstaję do roboty o szóstej” (ty się ciesz człowieku że w dzisiejszych czasach w ogóle ją masz!) narzekanie na pranie mózgu na każdym kroku i przerażające w swoim defetyzmie hasła o wydźwięku „nic mnie tu dobrego nie spotka”. Gros kawałków porusza właśnie taką tematykę, co kieruje zespół właśnie w strone około-jarocińskich projektów, które rację bytu miały przede wszystkim w latach 80.. Później punk niewiele zmienił swój buntowniczy charakter, ale w połączeniu ze zmianami które zaszły (przynajmniej oficjalnie) w państwie zapewniło mu to natychmiastową utratę daty ważności.

Ile z tych wszystkich zespolików wydało normalne, profesjonalne płyty dostępne w sklepach? Sporo, ale zapewne tych które nie wydały nic i padły w najlepszym razie po kilkunastu miesiącach garażowania jest 20 razy więcej. Poligon nr. 4 nie ukrywa, że trzyma sztamę z będącym niezmiennie w centrum zainteresowania Kultem. A to jakiś support, wspólny występ obu kapel, później jakieś bardziej kumpelskie wypady . A produkcją płyty zajęła się wytwórnia SP Records, współpracująca właśnie z panami od „Baranka”. A to niestety potwierdza wyświechtany ostatnio frazes, że w  dzisiejszych czasach potrzebne są przede wszystkim koneksje.

Do tej pory było mało konkretów, dlatego pora przejść do samej muzyki i zarazem głównej części recenzji. Płyta rozpoczyna się od formy artystycznej, na którą składają się w dużej mierze dźwięki deszczu, bądź jakiejś innej przelewającej się cieczy. W pewnym momencie rozpoczyna się motyw muzyczny z każdą sekundą coraz bardziej nadęty. W końcu balon urósł tak bardzo, że byłem przekonany, że zaraz gość odegra niemalże hymn narodowy. Po niespełna dwóch minutach rozpoczyna się coś co bez wrażenia nieuczciwości zarówno wobec czytelników jak i samego siebie można nazwać „muzyką”.

Dwa pierwsze utwory to marszowe punki. Wywrotowe teksty które można podsumować krótko „praca ssie, rzeczywistość to bagno”. Znakiem rozpoznawczym
większości polskojęzycznych kawałków (czyli prawie wszystkich) jest dukany wokal i linie melodyczne o złożoności takiej, że całość przypomina raczej jednoosobową akcję demonstracyjną przedstawiciela klasy robotniczej niźli utwory muzyczne. W pewnym momencie pojawia się też motyw Trzeba być zjebanym by nas w ogóle słuchać No, ja już nie będę, bez obaw. I to raczej nie dlatego, że poczułem się urażony powyższym stwierdzeniem.

Jak nie grają muzyki pod tytułem „buntownicy IV RP” to nasi Poligońcy bawią się w Nirvanę – melodyjka na modłę takowej pojawia się w „Underdogu”. Cóż, zespołów które usiłują tak grać jest wiele, a że poziom wielu kawałków ‘oryginału’ jest mocno dyskusyjny, to chyba świństwem byłoby odnoszenie się do jakości kompozycji epigonów. Tutaj kaszanki niby nie ma, linia melodyczna na kształt heyowego „Sic!”, niezłe solo, porządna sekcja rytmiczna. Ale to samo słyszało się już setki razy w zdecydowanie lepszych wersjach. „70” z kolei brzmi jak konglomerat kilku kawałków Nirvany – intro jest wzięte żywcem z „Verse Chorus Verse”, słychać echa „Lithium” i „Polly”. Także Gustaw próbuje śpiewać tak jak Kurdt. Może ktoś by się na to złapał, pod warunkiem, że wcześniej założy, że w trakcie sesji nagraniowej ktoś ściskał naszego blondaska za gardło, ewentualnie położył mu na klatce piersiowej 20 kilo, a sam wokalista nagrywał swoje partie leżąc. Albo że wypalił przedtem tyle wyrobów tytoniowych, że jego głos odpowiednio zachrypł, a dzięki niemu takie państwa jak Brazylia czy Indie z miejsca urosły do rangi najbogatszych krajów świata. O murowanym raku płuc czy gardła (w sumie nie sądzę by taki sposób śpiewania był zdrowy) chyba nie muszę wspominać.

W pewnym momencie zespół ucieka się do zagrania kilku dźwięków na pianinie. Tego się nie spodziewałem, niestety nie jest to nic nowatorskiego. Najpierw motyw grany jest na gitarze, później prawie żywcem zostaje przeniesiony na pianino. Żeby stworzyć pozory wszechstronności zespołu?
A potem przychodzi kolejny cios z zaskoczenia – utwór (tekstowo i wykonaniowo) jest utrzymany w stylu najbardziej filozoficzno-komicznych myśli wygłaszanych przez niejakiego Artura R. z Mysłowic. Cały kawałek ze swoją eksperymentalnością miałby sens gdyby został jakoś ciekawie rozwinięty, a że jest to najkrótszy utwór na płycie, to zadam swoje ulubione pytanie – po co?

W tej całej multigatunkowej mieszance ciężko jest wyłapać utwory warte uwagi. Jest np. „Dystans” -  trochę „Man in The Box”, ale upsychodeliczniony utrzymany w nieco dyniowym stylu - fragmenty takie jak ten od 1:12 do 1:16 są świetne. Mówię o samej muzyce, bowiem wokal i linia melodyczna to znowu pikietowanie. Tematyka tekstu nie odbiega od wspomnianej na początku problematyki, ale przynajmniej tym razem prezentuje to pewien poziom. Ale ostatnią minutę zagraną w popularnym rytmie pogoń za prosiakiem – mogli już sobie darować. Innym wyróżniającym się pozytywnie fragmentem jest „Lądowanie w Normandii” – to przede wszystkim z pozoru militarny, a w rzeczywistości mocno metaforyczny tekst. Na koniec zespół proponuje również mocne uderzenie w postaci „Vs.” To prawdziwy zastrzyk energii, zagrany w stylu Alice in Chains - riff mocno przypomina „Would?”, zaśpiewy Gustawa mocno przypominają powywania Staleya (i nawet nieźle mu to wychodzi). Mocarny refren i zdecydowany kierunek w którym zmierza utwór sprawiają, że to jedyny fragment do którego w ogóle nie mogę się przyczepić. Do tego odpada problem tekstu, tym razem napisanego po angielsku. Taki honorowy gol. A, i jeszcze jedna ciekawostka – momentami na płycie rozbrzmiewa waltornia. Fakt ten sam w sobie jest ogromnym pozytywem, a wstęp do utworu „Bohater dnia Codziennego” jest jednym z najlepszych momentów na krążku. Ale wiecie kto ponoć nauczył Gustawa grać na tym instrumencie? Jeden z muzyków, uwaga…… Kultu.

Poligon nr. 4 podobno w tej chwili jest w trakcie nagrań do drugiej płyty. Z takimi kontaktami jakie ma Gustaw, tylko czekać, aż znajdzie się ona na półkach sklepowych w wersjach oem, deluxe, trial, z wkładką do wyboru na lśniącym albo ściernym papierze. Tak jak wiele osób wpadło z tego powodu w euforię, tak ja powiem: „a niech sobie nagrywają, na zdrowie” i cierpliwie poczekam, aż nie będę miał nic innego do roboty. I na spokojnie sobie wtedy posłucham i opiszę swoje wrażenia. A tymczasem...

3.8

czwartek, 5 maja 2016

Nirvana - Incesticide


           Nirvana jest kolejnym z zespołów, które postanowiły zebrać swoje „mniej udane” kawałki i wypuścić złożony z nich krążek. "Incesticide" ukazało się w grudniu 1992, kiedy zespół jeszcze nie ochłonął na dobre po ogromnym sukcesie "Nevermind" (czy taki moment w ogóle kiedykolwiek nastąpił?). Album ten odróżnia się jednak od innych wydawnictw tym, że znalazły się na nim nie tylko rarytasy dostępne wyłącznie na singlach, ale także zupełnie nowe utwory. Na początek rozbrzmiewa "Dive" – poza refrenem w którym pojawia się fraza „Dive with me” (choć równie dobrze, można usłyszeć tam "Die with me") i chorymi progresjami akordów, jest to typowy Nirvanowy kawałek, który sprawdziłby się zarówno na „Bleach” jak i „Nevermind”, nadając mu charakteru i zarazem odsuwając od niego epitety radio, pop, lukier. Wizytówką Nirvany jest również głupawkowaty „Sliver”, gdzie laury zbiera przede wszystkim riff Novoselica, który napędza całość i stanowi podstawę nośnych melodii wyśpiewywanych przez Kurta, z płaskim ryjem na czele. Inne oblicze zespołu ukazuje świrujący „Stain” – tutaj Cobain nastawił się bardziej na wrzask i gitarowe hałasy, ale riffy w dalszym ciągu są ogromnie nośne.

             Problemy zaczynają się przy „Been A Son” - o ile wcześniejsze kawałki robiły wrażenie na zasadzie kontrastu hit-szajba, to tutaj materiał jest już w pewnym stopniu wymęczony. Nie twierdzę, całość dalej czepia się jak lep do muchy - ale Nirvana zrobiła dziesiątki takich numerów. Podobnie "Turnaround", który brzmi jakby wzięto go prosto z Bleach – Kurt się sobie drze, gra 3-4 akordy i przestaje z tego cokolwiek wynikać… Idiotycznym pomysłem są covery – przerażająco łupane „Molly’s Lips” czy „Son of The Gun” nie powinny nigdy wyjść poza garaż, ewentualnie szkolny przegląd młodych talentów, gdzie zapewne i tak by przepadły. Największą kpiną jest przeróbka „Polly”. Wbrew podtytułowi "New Wave" nowa wersja "Polly" nie jest zrobiona w stylistyce nowofalowej, a została jedynie po chamsku przyspieszona w stosunku do oryginału. Włączenie przesteru w gitarze w połączeniu ze zwiększonym dwukrotnie tempem utworu jest dobrym pomysłem by rozruszać nawaloną publikę na koncercie. W wypadku płyty studyjnej – w życiu.

                Nie wiem po co wygrzebywać skrajnie niszowe zespoły z gatunku hardcore punk i grać ich kawałki, skoro własny materiał jest znacznie lepszy - niby „Beeswax” jest kolejnym numerem Nirvany w stylu hałasować, byle w tonacji, ale swoboda z jaką Kurt potrafi się drzeć zapiera dech w piersiach. Podobnie „Hairspray Queen”: zaskakująca, funkowa gitara w zwrotkach i bzyczenie w refrenach. Kurt mógłby zagrać na kubłach od śmieci i byłoby to intrygujące, podobnie jak charkot który wydał z siebie na końcu – wyszła z niego bestia, czy odkrył w sobie deathmetalową żyłkę? W międzyczasie pojawiają się nawet nie dwuminutowe „Mexican Seafood” w którym zespół zdążył wystartować jak rakieta – zwolnić – po czym znowu przyspieszyć, oraz bezsensowna paplanina „Downer” będąca na większości wydań „Bleach”.

                   Trzeci od końca „Aero Zeppelin” to kawałek, o który mało kto posądziłby Nirvanę, mając doświadczenia z poprzednimi dokonaniami zespołu. To 4 minuty czegoś co bardziej przypomina rock z początków lat 70. (stąd tytuł) niż grungowe brudy - kwaśnawe akordy na początek i właściwa, szybka część utworu. To kolejny przypadek, kiedy nasuwa się pytanie – dlaczego nie wrzucili tego na żaden premierowy album? Przy kolejnym "Big Long Now" nie można już zadać go ponownie – to obrzydliwy, szarobury stoner, który przez 5 minut funduje coś na kształt odgłosów robót budowlanych. Jako piętnasty, ostatni kawałek pojawia się kolejne zaskoczenie – „Aneurysm” – postpunkowa gitara na początek, potem firmowe 4 akordy Nirvany dopełniane zwielokrotnionym wokalem Kurta. Zarówno na "Bleach" jak i "Nevermind" byłby on gwoździem programu

                Na „Incesticide” znalazło się kilka numerów, które śmiało można wymieniać jako Nirvanowe „best of”. Takie kawałki jak wspomniany „Dive”, „Aero Zeppelin” czy „Sliver” składają się na album który nie morduje słuchacza tak jak „Bleach”, a zarazem nie jest tak płytki jak cukierkowy „Nevermind”. Jasne, słychać tu że Kurt (& company) lubił sobie pohałasować, co od razu wychwycą przeciwnicy Nirvany, ale słuchając „Incesticide” autentycznie można zapomnieć, że to tylko zbiór singli i odrzutów.

7.4

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Smashing Pumpkins - Pisces Iscariot



                 Żeby (jak sądzę) wypełnić czas oczekiwania na trzecią płytę Smashing Pumpkins wypuścili kompilację stron B singli. Taki wybieg stosują zespoły zarówno będące w danym momencie na fali (Nirvana i „Incesticide”) jak i te chcące ratować się po wydaniu premierowego krążka który okazał się klapą (Oasis i „Masterplan”), zarazem między wierszami mówiąc „to jest materiał zbyt słaby by umieszczać go na regularnych krążkach” . „Pisces Iscariot” (bowiem tak nazywa się krążek Smashing Pumpkins) ukazało się w październiku 1994, kilkanaście miesięcy po  przełomowym „Siamese Dream”, a dokładnie na rok przed wydaniem dwupłytowego dzieła o długim tytule, które wywołało powszechną histerię na tle zespołu i przyczyniło się do powstania łysiny Billy’ego Corgana.
              
            Krążek rozpoczyna się niczym normalne studyjne wydawnictwo – od „Soothe”, który może sprawiać wrażenie kompozycji wprowadzającej: akustyczna gitara i Billy, który zamiast zdzierać gardło nuci depresyjny, jak na niego przystało, tekst (I'll miss you; And I wish you luck ;Well, I forgive you; And I don't wish you away, away, away). Akustycznych kawałków jest tu więcej – zaczynając od również zagranego tylko przez Corgana „Landslide” przez początkowo otulające, a potem zwyczajnie nudziarskie Obscured czy Blew Away, który to z kolei wygląda na inne wcielenie „Rhinoceros” z „Gish”, zarazem jednak nie wykorzystuje swojego potencjału nawet w połowie, po Whir, gdzie głos Billy'ego, snuje się niczym duch w ciepłym deszczu dźwięków. Na koniec kilka wietrznych, przeszywających słuchacza akordów. To właśnie te ostatnie kilkanaście taktów najbardziej zapada w pamięć. Na żadnym z wcześniejszych wydawnictw Pumpkins nie mieli takiego numeru.

             Z drugiej strony są charczące numery w stylu „Plume” czy ostrych „Frail and Bedazzled” czy „Hello Kitty Kat”. Ten pierwszy to powolne, mocarne riffowanie w stylu „Pretty on The Inside” Hole z luzacko-flejowatą solówką, zaś dwa pozostałe uświadamiają, że Billy najprawdopodobniej narobił całą masę piosenek w stylu „I Am One”, i o ile te lepsze („Siva”, „Quiet”) trafiły na studyjne wydawnictwa, to reszta nadawała się najprawdopodobniej tylko do upchnięcia na strony b, a w konsekwencji na tę kompilację. Oba kawałki ani ziębią ani grzeją, nawet ciężko jest je od siebie odróżnić.
W podobnym stylu jest jeszcze „Blue”, wyróżniający się basowym riffem D’Arcy Wretzky (kto by pomyślał, że potrafi ona cokolwiek poza ozdabianiem zespołu w trakcie koncertów i wciąganiem kilogramów kokainy). A, i jeszcze dla tych, którzy protestują gdy nazywa się Dynie zespołem grającym grunge jest „Pissant”. Świetnie wpisuje się on w ten nurt - bez wchodzenia w szczegóły czy jest to zarzut czy pochwała.

                W każdym z numerów jednak godne podziwu są profesjonalizm i swoboda z jakimi Billy robi hałas w trakcie solówek. Największy popis daje w jedenastominutowej kompozycji „Starla”. Smashing Pumpkins świetnie potrafią łączyć ze sobą wszelkiej maści dream i shoegaze oraz space rockowe graniem, i pomimo, że kompozycja początkowo sprawia wrażenie kolejnego kawałka typu skoro już to nagraliśmy, to wypadałoby to gdzieś umieścić, to pod koniec atmosfera gęstnieje i numer rozwija się w kierunku czegoś w stylu „Reach Down” Temple Of The Dog. Kosmiczne, brzmiące bardzo cyfrowo solo Corgana trwa i trwa i w zasadzie mogłoby trwać w nieskończoność.
Potem jest jeszcze kilka kawałków, które z oczywistych przyczyn nie robią już takiego wrażenia, może poza psychofunkującym „Girl Named Sandoz”. Na zakończenie pojawia się jeszcze wyblakły „La Dolly Vita” i „Spaced” który aż prosił się o rozwinięcie (może zrobili to muzycy Pearl Jam w numerze „Hey Foxymophandlemama It’s Me”,  wydanym 2 miesiące później?)

              Ewenementem byłoby gdyby „Pisces Iscariot” wypadło lepiej niż poprzedzające go albumy studyjne, jednak kilka kawałków z niego bez wątpienia powinno się na nich znaleźć. Nie jest to album z kategorii „masashitu” (to chyba po japońsku… może James Iha będzie wiedział o co chodzi?), i na pewno nie sprawia wrażenia bezczelnego skoku na kasę, jednak lepiej odbiorą go ci, którzy nie mieli do czynienia ani z „Gish”, ani z „Siamese Dream”, bowiem niektóre kawałki z niego bledną właśnie w wyniku postawienia ich przy numerach ze wspomnianych albumów.

6.2

czwartek, 21 kwietnia 2016

Bush - Deconstructed



                Może to efekt komercyjnej porażki krążka „Razorblade Suitcase”. Może chęć przypodobania się innej grupie słuchaczy. Albo po prostu naturalny rozwój artystyczny zespołu. W każdym razie kojarzony do tej pory z (swoją drogą niezłymi) podróbkami Nirvany Bush, rok po ukazaniu się wspomnianej płyty wykonał bardzo ryzykowny ruch i wydał LP Deconstructed zawierający remiksy ich wcześniejszych kawałków wykonane głównie w stylistyce drum n’ bass i trance (że co?) . Nie jestem zatwardziałym fanem topornych gitar, który na dźwięki pochodzące z czegokolwiek innego reaguje białą gorączką – nawet abstrahując od moich indywidualnych upodobań jestem w stanie zrozumieć fenomen tych brzmień, które łącząc się z migającymi światłami, różnej maści kolorowymi drinkami i rozweselającymi pigułkami o nazwie ‘urwany film’, tworzą idealny kombinat by wpaść w, nomen omen, trans. Jak to mówią – jeden lubi pomarańcze, drugi windą jeździć.

               Rzecz w tym, że Bush chcąc uciec od porządnie lecącego już naftaliną flanelowego grania nie pomyślał, że przerobienie grandżowego brudu na coś w stylu będących wtedy, w 1997 roku, na topie Prodigy czy Goldiego  (który też się tu udziela) nie polega tylko na bezmyślnym zapętleniu fragmentów poprzednich numerów i dodaniu do tego wokalu przeklejonego z tychże kawałków bez żadnych zmian. Nie ma tak prosto. A tak właśnie prezentuje się otwierający płytę remiks „Everything Zen”, wykonany przez sam zespół, pod pseudonimem „Lhasa Fever”. Dla przeciwwagi drugi (i ostatni) numer w którego przeróbkę zespół nie zaangażował żadnego zawodowca („Mouth – Stingray Mix”) jest nie tylko jednym z najlepszych kawałków na płycie, ale i jedynym utworem przebijającym oryginał – co prawda chwilami wokal sprawia wrażenie dośpiewywanego przez totalnie pozbawionego rytmu typa, któremu dość niedokładnie pokazano w których momentach ma wchodzić, ale pod względem aranżacyjnym całość wyszła tajemniczo i drapieżnie.

                 Niestety fragmenty do których zostali zaangażowani fachmani w większości wyszły równie kiepsko jak wspomniany „Everything Zen”. Kto przy zdrowych zmysłach zamienia rzewne numery w stylu „Bonedriven” czy przejmującego „Comedown” na d ’n’ b? Przesłuchanie obydwu nie dało odpowiedzi na to pytanie, a nasunęło kolejne – co kierowało zespołem, by kawałki w których jedyne co jest wspólne z oryginalnymi wersjami to nieudolnie przeklejony wokal, albo po prostu tekst wyśpiewywany przez jakiś przetworzony głos nijak nie przypominający jęków Rossdale’a, ochrzcić tytułami własnych numerów? Weźmy taki przerobiony „Insect Kin”? Co to ma wspólnego z oryginałem? Poza tytułem, oczywiście. I co za geniusz wmiksował tam najzwyklejsze na świecie bzyczenie? Co to ma być, pasieka? Nie wiem też co kierowało Bush przy doborze muzyków do zaangażowania w ten projekt. W większości są to nazwiska z jakiś powodów nieznane szerszej publiczności – i chyba w tym leży problem. Bowiem pojawiają się tu numery wykonane również przez takich tuzów jak Goldie czy Tricky. A oni swoją robotę zrobili porządnie – pierwszy z nich wziął na warsztat Swallowed i przerobił to na porządny transujący bit zarazem zachowując ducha oryginału (który jest właśnie jednym z tych wolniejszych kawałków przerobionych na potrzeby Deconstructed). Jednak największe pokłony należą się Tricky’emu. We współpracy z nim Bush nagrali cover utworu Joy Division – „In A Lonely Place”. Nie będę kłamał że nawet zbliżyli się do oryginału, który de facto nigdy nie został ukończony – ale szemrzący wokal z pogłosem i minimalistyczny aranż z uwypukloną perkusją i basem składają się na psychodelię, której słuchacz, do tej pory konsekwentnie zalewany przez Bush fuzzowatymi gitarami w życiu by się nie spodziewał.

           Jak to często bywa – to płyta do pocięcia (nie mylić z „płyta do pocięcia się” - aż tak źle nie jest). Jest tu kilka (dokładnie to dwa-trzy) numerów bardzo dobrych, owszem. Ale są one przeplecione niemożebnym syfem oraz kawałkami ze zmarnowanym potencjałem. A tych raczej nikt nie będzie chciał słuchać dłużej niż przez kilkadziesiąt sekund.
Ale jedno mnie ciekawi – mniej więcej rok później ukazał się zrobiony w podobnym stylu album ONA, również zawierający przeróbki autorskich numerów zespołu w wykonaniu różnych elektroników (swoją drogą straszna kaszana)  – mam dziwne wrażenie, że pomysł na wypuszczenie czegoś takiego podsunął im właśnie Bush…

2.4
 
+ nie sprofanowali utworu Joy Division

- niedbalstwo produkcyjne
- brak pomysłu na większość kawałków
 

wtorek, 12 kwietnia 2016

Illusion - Illusion



            
Trafiłem kiedyś w Internecie na artykuł, gdzie pewien polski dziennikarz muzyczny (którego nazwiska autentycznie nie pamiętam) stwierdził, że nasze rodzime kapele są często dokładnymi kopiami zespołów zachodnich. I rozpoczęło się punktowanie – a to, że Oasis zostało zaszczepione na nasz grunt w postaci Myslovitz, z kolei Blenders (ci od przaśnego „Ciągnika”) z kolei usiłują być biało-czerwonym Red Hot Chili Peppers . W pewnym momencie padły nazwy Pearl Jam i Illusion jako ich kopia made in Poland. Zespół ten był wówczas kilka ładnych lat po rozpadzie (teraz już od pewnego czasu znowu grają razem), więc siłą rzeczy jego twórczość nie była zbytnio propagowana w mediach - toteż ciężko było mi ustosunkować się do powyższej opinii. Dopiero jakiś czas później wpadła mi w ręce ich pierwsza płyta, zatytułowana po prostu „Illusion”. Pierwsze co rzuca się w uszy… Nie – najpierw coś rzuca się w oczy. Okładka. Nie wiem czy jest to jakaś wyższa forma sztuki, na którą ja, recenzent, pozostaję niewrażliwy, czy może metafora tak metaforyczna, że w tej całej metaforyczności zagubił się sens, ale przywiązana do krzesła dziecięca lalka znajdująca się najprawdopodobniej w jakimś (wnoszę po kolorowym witrażu w tle) obiekcie sakralnym sprawia wrażenie jakiegoś szpargału na tle bądź co bądź przypadkowej graciarni w miejscowym kościele – a zarazem sugeruje straszliwą chałupniczość całego wydawnictwa.
            No dobrze, widzieliśmy już papierek, ale jaki jest cukierek? (wiem, żenujące, ale poziom tego rymu bardzo dobrze oddaje pierwsze wrażenie jakie wywiera Iluzjon). Nieczęsto zgadzam się z opiniami przedstawianymi przez krytyków w internecie bądź prasie będących dla wielu wyrocznią, ale powiedzieć o Illusion, że jest to kopia Pearl Jamu  to tyle, co nie powiedzieć nic. To koszmarny zlepek, kolaż, pulpa, która zapewnia kilkudziestominutową, skondensowaną podróż po płytach z lat 1991-92 (dzieło Iluzjonu datuje się na sierpień 1993). Słychać tu zarówno wspomniany PJ, jak i Soundgarden. Na początek pojawia się kawałek, którego refren brzmi jak przyspieszony „Outshined”, kilka razy miałem wrażenie, że słucham „Jesus Christ Pose”. Żenująco wypada „Fame” który rozpoczyna się od (sic!) beknięcia (nawiasem brzmiącego tak, jakby „bekający” miał poważne problemy z żołądkiem), potem robi się z tego coś pomiędzy „Even Flow” a „Take The Power Back” Rage Against The Machine. Piąty na płycie „Ruszy Las” jest z kolei przekalkowanym „Unsung” Helmet. Dużo tego się nazbierało. Osobną kwestią jest aspekt wokalno-liryczny. Wokalista Tomasz „Lipa” Lipnicki ryczy jak zarzynany prosiak, ewentualnie jakiś dziki zwierz pretendujący do miana samca alfa w swoim stadzie. Wokal jest mocarny, ale oryginalności nie ma za grosz. Z gardła Lipy wydobywa się Staley, Vedder (czy może raczej jeden z podrabiających jego styl – Scott Weiland), czasem nasz bohater próbuje piać jak Cornell. Dobrze, że w nieco dyniowym „Dobranoc” nie próbuje udawać Billy’ego Corgana. Jego krtań zapewne nie byłaby tym zachwycona. Najgorszym elementem są jednak teksty. Może ktoś ma ochotę słuchać piosenek o „obijaniu gęby”, ale chyba prościej jest po prostu pójść na najbliższe osiedle i tam słuchać opowieści w stylu:

                        Byłem na spacerze tak na małym zwale
                        Przemyślonka mnie dopadły, gdy ujrzałem taki film
                       Paru młodych ludzi stało gdzieś przy bramie
                       A jakiś osił w środku bardzo ostro kogoś tłukł

W połączeniu z wokalem, który jest przerysowany i brzmi jakby Lipnicki podkładał głos pod jakiegoś Bardzo Groźnego Zbója w kreskówce, oraz kwiatkami w postaci zapowiedzi gitarowego solo słowami aaa teraz żebyy trochę odreagować na te osss-tre słoowa - parę ładnych aaakooordów (zapisując to w ten sposób nie oddałem nawet połowy tego, w jaki sposób zostało to wypowiedziane), słuchacz jest świadkiem prawdziwej farsy, którą co gorsza próbuje się mu wcisnąć jako zupełnie poważny produkt. Jest parę numerów anglojęzycznych, których problem idiotycznych tekstów nie dotyczy w aż takim stopniu, ale w większości z nich wieje nudą (może poza utworem tytułowym). Żeby dzieło Iluzjonu nie poniosło tak straszliwej porażki jest tu jeden kawałek, co do którego można się pokusić o stwierdzenie, że nie odstaje od twórczości kapel z Seattle - „Cierń”. Co prawda motyw początkowy nieco przypomina „Plush”, ale jest on na tyle nośny, że kilka lat później (choć na pewno przypadkowo) kawałek z bardzo podobnym wprowadzeniem nagrał Creed (nie wiem, czy teraz aby nie podkopałem gdańskiej kapeli). Ale całość jest ogromnie nośna ,(choć oparta na ogranej dynamice głośno-cicho) z wplecionymi porządnymi solówkami i nawet tekst, wyjątkowo, nie przyprawia o ból zębów. Jest jeszcze nudnawy acid-rockowy „Błazen” i kończąca płytę idiotyczna „Sarkafarka” .Chyba to miał być żart, szczególnie że pod koniec kawałek cichnie i słychać fragment bardzo zabawnej rozmowy muzyków w sali prób. W tej chwili przestaje mnie dziwić poziom tekstów.
       Ja wiem, że to były pierwsze lata wolności i czasy, kiedy do Polski wreszcie zaczęła bez problemów docierać muzyka z zachodu. Jestem w stanie zrozumieć fascynację kapelami, które grały w sposób będący dla nas nowością i starania by brzmieć tak jak one. Ale „Illusion” sprawia wrażenie jakby zespół rzucił się na zespoły będące wtedy na świeczniku i bezsensownie zaczął kopiować ich muzykę, zapominając o zupełnie innych realiach panujących w państwach z których one pochodzą.

2.8

+ głosowe możliwości wokalisty
+ kilka kawałków to dobra baza

- teksty
- wykorzystanie wokalu
- na dłuższą metę nic ciekawego
- zrzynka na zrzynce
- zrzynką pogania



poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Radiohead - The Bends



                   Żarty się skończyły. Radiohead najwyraźniej nie miał najmniejszej ochoty zostawać „brytyjską Nirvaną”. Frontman zespołu, Thom Yorke, coby nie być postrzegany jako zdefektowany (opadająca powieka i blond micha na głowie) brat Kurta Cobaina odwiedził fryzjera, zaś reszta gromady zaczęła muzycznie coraz śmielej odchodzić od - uwielbianych przez co smętniejszych adolescentów pod każdą szerokością geograficzną - „Creepów” i akordowej mierzwy pokroju „Stop Whispering”, prezentując nowe kawałki na koncertach („Bones”) i minialbumie („My Iron Lung”). Długi krążek, drugi w karierze Radiohead, zatytułowany „The Bends” ukazuje się w marcu 1995 roku.                   
                   Wszystko jest zagrane z wielką swobodą, muzycy zdają się tak idealnie ze sobą porozumiewać za pomocą instrumentów, jakby grali we własnym sosie już wiele, wiele lat i nie musieli już nic udowadniać ani krytykom ani masom, żądnym hitowej papki. To ich świat i ich dźwięki – i wszyscy z zewnątrz, chętni do niego wejść, muszą go zaakceptować. Zachowawczy „Planet Telex” jest czymś ogromnie dojrzałym. Oni nie wychodzą na początek z chwytliwym melodyjnym utworem, mającym na celu napalenie odbiorcy na dalszą część płyty. Tło wypełnione jest jedynie szumem i echami jakby błądzącej w zawierusze gitary, która gra tutaj prosty, rozedrgany motyw – całość tworzy idealny klimat. Potem kompozycja przechodzi do przeciągłych „wspinających” się wokali w zwrotkach, cały czas z towarzyszeniem spacerockowych dźwięków tła. Następny w kolejce, tytułowy „The Bends” to zupełnie inna jazda – niedbałe i ogromnie stylowe wejście gitar na początek, potem świetna linia wokalna w mocno butowgapnej zwrotce i refrenie. Utwór trwa dalej i nie ma mowy o żadnej monotonii – melodeklamacja w mostku, genialny rozkwit i przejście do kolejnego motywu o cudownie skrzypiącym brzmieniu. Potem pojawiają się spokojne, akustyczne klimaty. Refren „High And Dry” opiera się na podbudowującej progresji akordów. Kluczowym elementem jednak wokal. To mężczyzna? Kobieta? Nie, to Yorke. A gdy Yorke śpiewa to z materialnego bytu zostaje wówczas jedynie bezpostaciowy i ogromnie przenikliwy głos. Spaceowy, dreampopowy „Fake Plastic Teres” może można porównać do blondowskiego „What’s Up”, ale to jeden z tych wypadków gdy to „oryginał” może się schować, a przerwy i momenty na wytchnienie takie jak 2:18, to chwile kiedy można się zupełnie przenieść do świata „The Bends”. Delikatne, acz bardzo szczelne tło dźwięków się rozchodzi i robi miejsce dla słuchacza. 
             Za piątym podejściem zespół podsuwa kolejny hit – oparty na pulsującej linii basu, rytmiczny „Bones”. Znowu garaż w warstwie instrumentalnej i wynurzający się wokal. A gitara w tle od drugiej zwrotki? Niby prosty motyw, ale przynosi ogromne orzeźwienie. Akustyczny, ale oparty na kwaśnych dźwiękach „(Nice Dream)” wprawia odbiorcę w mimowolne kołysanie. W pewnym momencie niepostrzeżenie wchodzą smyczki, a potem rozpętuje się prawdziwa burza gitar, która po chwili gaśnie. Rozpoczynany drażniącym riffem „Just” wślizguje się z zupełnie innym arsenałem – wijącą się gitarą prowadzącą i nieco pijanym refrenem. A solówka? Znowu bierze słuchacza z zaskoczenia i uciera nosa tym wszystkim hałaśliwym rockandrollowcom z Oasis (i pomyśleć, że w 1995 roku byli oni wrzucani do tego samego worka) – przemyślane, wysmakowane dźwięki dawkowane w oszczędnych i idealnych ilościach. Ale końcówka, jakby na przekór, jest stricte rockowym wymiataniem. Gwizdy w outro? Geniusz!
            Dalsza podróż przez „The Bends” i kolejne zaskoczenie. Chory riff na początek „My Iron Lungs”, potem pulsujący bas i znowu stworzenie zwane Yorke. Trójdźwiękowy motyw w zwrotkach zachwyca swoją powściągliwością. Dla kontrastu w mostku i zakończeniu muzycy kompletnie świrują. Ale kto im zabroni skoro wszystko tak świetnie ze sobą współgra. Nie, tak serio to trochę się za bardzo zapędzili, bo w całym szaleństwie sam utwór zbytnio niknie w bałaganie dźwięków. A jest to twór zbyt piosenkowy, by całość podciągnąć pod ambientowo-postrockowy kolaż.
          „Bulletproof” to na pierwszy rzut oka to samo, co Highdry, czy Faketrees. Ale wszystkie dźwięki galaktyki zawarte w tle i niewinna gitara bez pytania topią słuchającego w kompozycji, a potem zaskakują go nagłym urwaniem tematu. W bluesowo-południowym „Black Star” w jednym, jedynym momencie daje się przewidzieć jaki dźwięk będzie następny. Ale czym to jest wobec całości (nie tylko całej płyty – nawet tego konkretnego fragmentu)?
           Do numeru dziesięć włącznie każdy kolejny utwór zaskakuje czymś nowym i teoretycznie krążek mógłby być swoistym „Best Of”. Potem jednak rozbrzmiewa zadra w postaci „Sulk”. Z jednej strony jest gitarowy motyw elektryzujący w podobny sposób co intro z doorsowskiego Końca, ale następnie pojawia się bezpłciowa, blada w porównaniu z resztą numerów melodyjka. To coś najzwyczajniej w świecie niepotrzebnego. Gdyby to był ostatni utwór płyta pozostawiłaby wyczuwalny niesmak w uszach. Na szczęście to jeszcze nie jest koniec. 
             Finał zasługuje na osobny akapit. Zamknięciem „The Bends” jest „Street Spirit (Fade Out)” – tej etiudy nie da się opisać. To brzmi nie tylko jakby kończył się album. Chyba kończy się wszystko. Ginie gatunek ludzki? Topnieją lodowce i kontynenty pogrążają się w wodzie? Świat niknie w zamieci? A może jest to jakaś tragedia o dużo mniejszej skali, tylko bardzo bolesna dla podmiotu? Plus ciarki, cieknące łzy i całe życie przelatujące słuchaczowi przed oczami. Nie, to nie jest nakręcanie się ani próba nadinterpretacji formy – to naturalna reakcja organizmu. Nie żartuję. Cykająca perkusja? Niby mogłoby nie być, ale to w co przechodzi ona w wokalizowanym mostku to kolejny nieopisywalny aspekt. Phil Selway zagrał w tak melancholijny (!) sposób, że z miejsca powinien zagwarantować sobie wejście do czołówek wszelkich list typu „36247 najlepszych perkusistów w historii”. Ale przełomem jest ostatni dźwięk kompozycji. Dosłownie. Zagrane przez gitarę „A” jest tak stanowcze, zamykające wszelkie drzwi, że nikt nawet nie śmie głośno zapytać, czy to jest już koniec tego albumu. Słońce właśnie zgasło – wszystkie wątpliwości zostały rozwiane.

Gdyby nie co najwyżej przeciętny w kontekście całości „Sulk” i ewentualnie końcówka "My Iron Lungs" ocena byłaby jasna…

9.5

+ nietuzinkowe brzmienie
+ stylowość
+ różnorodność
+ interesujący wokal
+ prawie z każdego utworu bije geniusz
+ albo jego przebłyski

- "Sulk"

niedziela, 27 marca 2016

Creed - Weathered



             Dwa pierwsze albumy zostają zmiażdżone przez krytykę, ale sprzedają się w ogromnej ilości egzemplarzy. Co zrobi zespół? Weźmie sobie do serca opinie profesjonalistów i zacznie grać muzykę o większej wartości artystycznej, ale zarazem mniej przystępną, ryzykując tym samym utratę słuchaczy (i ogromnej kasy)? Czy może dalej będzie proponować to, co sprzedało się już dwa razy, narażając się na oskarżenia o kopiowanie już nie tylko innych zespołów, ale i samego siebie? 
             Najwyraźniej Creed nie miał takiego dylematu. W 2001 roku wydają trzecią płytę, tym razem pod - w zamierzeniu tajemniczym - tytułem „Weathered”. Zaczyna się od wejścia ostrych gitar, chwila nadziei na świeżość czy jakieś nowe propozycje od zespołu i wszystko staje się jasne: Creed tylko zmienił terytorium na którym żeruje – to już nie jest Pearl Jam nr 2. Tym razem „inspiracjami” kapeli są Godsmack, Tool, czy nawet RATM (Panów widzę strasznie przycisnęło…). Ale zanim słuchacz zdąży wyjść z jednego zaskoczenia przychodzi kolejne – pojawia się „Who’s Got My Back”. Muszę przyznać, że tym razem zespół pokazał coś więcej niż tylko upośledzone reprodukcje dzieł kapel z Seattle i okolic. Trwający przerażające 8 i pół minuty utwór rozpoczyna nie kolejny riff w stylu Morello, tylko indiańska modlitwa. Zamiast od razu atakować odbiorcę burzą plastikowo brzmiącej muzyki, pierwsze 3 i pół minuty to jedynie koszmarny w swojej wtórności śpiew Scotta Stappa i oszczędna, mroczna gitara. Ale spokojna głowa, potem pojawiają się fragmenty mogące stanowić niewerbalną definicję Creed. Cały nastrój trafia szlag i okazuje się, że cały kawałek opiera się na przejściach między mrokiem a zwykłą rąbaniną, która po 2 taktach jest w stanie zatrzymać przy głośnikach tylko masochistów albo recenzentów. A moralnym obowiązkiem tych drugich jest w tym momencie uprzedzić wszystkich zainteresowanych posłuchaniem „Weathered”, że byłaby to ciężka do zmycia plama w ich muzycznym CV. W „Who’s Got My Back” pojawia się jeszcze sekcja smyczkowa. No cóż, w muzyce Creed jest to jakaś nowość, ale wykorzystanie takich instrumentów w muzyce grunge/rock alternatywny/metal alternatywny/britpop (niepotrzebne skreślić) było modne jakieś 5 lat przed „Weathered”. Nie dość, że epigoni, to jeszcze 100 lat za murzynami.
                 Pierwsze utwory mogły zwiastować, że Creed przeszedł pewną ewolucję (czyt. zaczął zrzynać z innych zespołów niż do tej pory) lub uświadomił sobie, że mamy XXI wiek i wszelkiej maści flanelowe smęcenie dawno przestało być modne – jednak od kawałka numer pięć mamy powrót starego Creed. No witamy, witamy, kopę lat. A wy wciąż tacy sami… plumkająca gitarka, GMO-Vedder i patos. Do tego ponownie smyczki, tak dla zmyłki, że jest to coś nowego. Dalej jest „My Sacrifice”, chyba największy hit zespołu ever - … po prostu brak mi słów na opisanie tego czegoś. Zresztą – wystarczy wziąć jakąkolwiek pioseneczkę Creed i mamy namiastkę Mojego Poświęcenia. Mocny tytuł... żaden wcześniejszy numer Creed nie był tak komiczny w swoim patosie. Zresztą to już nie patos – to patos2. Mam wrażenie, że zespół ma słuchaczy za idiotów, którym wystarczy, że podsuwa się im ciągle tę samą piosenkę, w coraz bardziej wieszczym tonie za każdym razem jako wiekopomne dzieło. Co mamy potem? "Hide" z riffem - eufemizując - sugerującym wieeelką fascynację dyniowym Hummerem, "Stand Here with Me", "Don’t Stop Dancing" – wystarczy wziąć którykolwiek z tych kawałków i nie trzeba słuchać jakiegokolwiek innego numeru Creed. (może poza „Who’s Got My Back” i intra „What If” z poprzedniej płyty). Warto wspomnieć o utworze tytułowym – myślę, że powinien podbić bębenek wszystkim obywatelom kraju Bolka, Lolka i pierogów. Intro i zwrotki są ogromnie podobne do „Ciernia” z pierwszej płyty Illusion. Nie sądzę by było to zamierzone (niestety), ale dobrze świadczy o nośności tego motywu. Zresztą nawet Stapp brzmi tak, jakby lekcji śpiewu pobierał u samego Tomasza „Lipy” Lipnickiego z tejże kapeli. Ten z kolei mocno inspirował się Staleyem i Vedderem, których podrabiał również ś.p. Scott Welland z Shirley Temple Pussy. Ogromną, niemalże milenijną, zagadką staje się więc kwestia kto tu od kogo zrzynał? Chwila, muszę to sobie rozrysować...
            I w takim tonie „Weathered” utrzymuje się już do konca. Wieńczący całość "Lullaby" to tylko Stapp i akustyczna gitara. Fajnie palcowana. Ale co z tego, skoro na podstawie tego stworzyli tak denny numer. Gitarzysta Mark Tremonti mógłby nagrać całą płytę opartą na gitarze fingerstyle – z pewnością wszyscy by na tym zyskali. No, może poza samymi muzykami, których portfele byłyby znacznie szczuplejsze. "Lullaby" zwiastuje pewien koniec, zamknięcie pewnego etapu. I rzeczywiście, potem nastąpiło ponad 7 lat przerwy. Niestety, czas ten minął strasznie szybko…

0.6

+ pewne przebłyski

- ale czego?

środa, 23 marca 2016

Pearl Jam - Vitalogy



           Pearl Jam w zasadzie od początku było kapelą z zadęciem. Żadna inna grupa z wyodrębnionej z nieznanych powodów wielkiej czwórki nie rozpoczęła kariery od wydania bezczelnie radiowych numerów pokroju "Alive" czy "Oceans", które świetnie zdefiniowały cały krążek z którego pochodziły, będąc i tak jednymi z jaśniejszych jego punktów. Ale „Ten” już dostał niegdyś tutaj solidną porcję podbródkowych, więc bez sensu jest dalsze kopanie leżącego. Dalej przyszedł „Vs” – miał w sobie mniej buty, a poza niektórymi fragmentami, pokazywał, że jest to zespół o większych aspiracjach niż flanelowe szmaty i gitary pomazane pisakiem.
            W 1994 r., po kwietniowych wydarzeniach i Pearl Jam poszło za stadem innych kapel i na gwałt zaczęło się oddalać od grunge, od którego i tak zawsze starało się trzymać na bezpieczną odległość. Jednak niezupełnie – płyta „Vitalogy” to krążek, na którym mieszają się ze sobą zarówno kwaśne odjazdy rodem z lat 70. jak i chamski grunge w stylu Nirvany. A właśnie – Nirvana. Śmierć (mniejsza o to w jakich okolicznościach) frontmana tego bandu zapoczątkowała modę na pisanie piosenek w hołdzie zmarłemu – że wspomnę słynne „Let Me in” czy „Zanim coś”. Swoje pięć groszy dokłada także Pearl Jam – tyle, że "Immortal" to jeden z lepszych kawałków tego typu. Nie ma co jednak zaczynać recenzji od przedostatniego kawałka, gdyż raczej nikt nie rozpocznie poznawania "Vitalogy" właśnie od tego numeru.             
              Na początek pojawiają się dwa mocno zabarwione wspomnianym zespołem numery – „Last Exit” i „Spin The Black Circle”, później w podobnym stylu jest jeszcze „Whipping”. O ile mi wiadomo, Pearl Jam nie jest zespołem parodystycznym, a tylko to mogłoby uratować oba kawałki przed wywoływaniem lekkiego zażenowania. Nic to, Vs miał jeszcze bardziej fatalny początek. I rzeczywiście – w  następnym w kolejce „Not For You” Pearl Jam przestaje marnować swój, chylę czoła, duży potencjał – hendrixowskie zagrywki, riff brzmiący jak lekko ześwirowane Satisfaction, ze szklistym brzmieniem pod koniec i przede wszystkim pulsujący bas. To jeden z najbardziej hitowych numerów w całej płytografii Pearl Jam. Całość trwa blisko sześć minut – ale to już nie jest bufonada jak w wypadku „Ten”, tylko zwyczajna ewolucja  - i wysoko ustawia poprzeczkę. Następny „Tremor Christ” nie wypada jednak gorzej. To przede wszystkim zupełnie inny numer – mniej nośny, ukazuje mroczniejszą, wcześniej nieznaną, stronę zespołu – coś w stylu Alice In Chains (dysonujące podciągnięcia na gitarze), podlanego akordami przywodzącymi na myśl acid rock z przełomu lat 60 i 70. Następny jest „Nothingman” czyli kolejny kawałek przenoszący w czasy klasycznego rocka. Tym razem jest to aksamitna ballada oparta o brzmienia akustyczne – coś w stylu do którego koziołkowaty wokal Eddiego Veddera pasuje jak pięść do nosa – numer przywodzi na myśl najbardziej egzaltowane momenty z Ten, chociaż z drugiej strony oszczędna, niebiańska perkusja to coś na co różnych Grohli i Channingów najzwyczajniej nie byłoby stać. Na „Vitalogy” jest też sporo eksperymentów – niektóre aż proszą się o rozwinięcie, jak funkujący „Pry, To” inne są idiotycznymi żartami – „Bugs”. Jednak Vedder najlepiej sprawdza się w takich właśnie wygłupach. Gęsta ” Aye Davanita” z intrygującymi indiańskimi przyśpiewkami to również coś, pod czym mało kto podpisałby Pearl Jam.
                Reszta prezentuje się już „normalniej” i na pewno nie gorzej od wspomnianych eksperymentów: „Corduroy” to konkret, który autentycznie mogła była napisać Nirvana. „Satan’s Bed” intryguje dźwiękami bicza w tle i szaleńczym charakterem – tylko refren jest autentycznie durny. Better Man rozkręca się (tylko coś wolno) by przejść w klimatyczny alternatywny rock lat 90. z towarzyszeniem organów, a tytułowy trójzgłoskowiec jest śpiewany w taki sposób, że przywodzi na myśl zaśpiewkę „Bitter Hands” ze słynnego „Black”. Na przedkoniec pojawia się wspomniane „Immortality” – zachowawcza, southernowa ballada, będąca totalnym zaprzeczeniem radiowości i taniego sentymentalizmu znanego z wczesnych nagrań kapeli. Numer najbardziej przypomina chyba „Indifference” , czyli zamykacz poprzedniego albumu, tyle że tym razem wokal nie sprawia wrażenia odstającego in minus od podkładu. Do tego dochodzi pełen goryczy tekst. Świetny numer.               Właściwym zakończeniem albumu jest jednak „Hey Foxyphandlemama it’s me”, czyli kolejny eksperyment. Ten kawałek zupełnie wychodzi jednak poza ramy piosenkowe, będąc jedną wielką psychozą. Cały kawałek to warczące dźwięki i chore gadki, które nie pozwalają słuchaczowi się wyłączyć czy chociażby odetchnąć. Nie zepsuł on jednak płyty, bo jej siła leży w zaskoczeniu. Zamiast proponować typowy szablon: chwytliwy kawałek na początek – parę wolnych, parę szybkich – monumentalny smęt na koniec, zespół zrobił tu swoisty konglomerat utworów z różnych bajek - „Vitalogy” jest więc specyficzną płytą. Jeden uzna to za wielki śmietnik (parę śmieci to akurat się tu znajdzie),  inny zaś doceni całą dżunglę jaką tworzą dźwięki na krążku.

7.1

+ kilka ciekawych eksperymentów
+ pokazuje rozwój zespołu
+ zaskakujące momenty

- piosenkowe kawałki wypadają najgorzej

czwartek, 17 marca 2016

Oasis - The Masterplan



           Be Here Now było kiszką. Sami muzycy z zespołu który spłodził to dzieło się do tego przyznali. Z jednej strony album ten miał trudno, bo ukazał się w roku 1997, kiedy pojawiły się takie krążki jak Urban Hymns, Blur czy przede wszystkim "super-mega genialny, rewolucyjny, przełomowy" OK Computer , ale z drugiej gdyby kawałki na nim zawarte były świeże, albo chociaż dobre – obroniłby się sam. Ludzie, choć nie wszyscy się do tego przyznają, uwielbiają przecież chwytliwe melodyjne piosenki nie angażujące zbyt wielu ośrodków mózgowych. Cały plan sprzedania po raz trzeci tego samego jednak nie wypalił, a britpopowe granie, wskutek klapy swojego czołowego przedstawiciela w krótkim czasie stało się passe       
         Oasis uciekając z tonącego statku z banderą Britpop wypuścili czy właściwie wydusili z siebie jeszcze jednego koszmarka składającego się z granych chwytami śpiewanek opartych o do bólu wyeksploatowane przez sam zespół zagrywki. Zawarty na krążku „The Masterplan” materiał nie jest premierowy. To zbiór stron B singli, które zespół wypuszczał w latach największej świetności. Czyli mówiąc krótko – kawałków, które z jakichś przyczyn nie trafiły na regularne wydawnictwa grupy. Czyżby członkowie zespołu uznali że były zbyt kiepskie? Ale jak to, przecież Noel Gallagher wielokrotnie powtarzał że Oasis jest większe od Beatlesów, że są Najlepszym Zespołem Świata i w ogóle. A zespołowi, który przedstawia się w ten sposób wpadki zdarzać się nie powinny. Czyli to była zwyczajna hipokryzja, Panie Gallagher? Najwyraźniej tak - po usłyszeniu otwierającego album „Acquiesce” każdy, kto kojarzy otwieracz WTSMG, „Hello” i mocarnego rockera „Some Might Say” z tej samej płytki poczuje stęchły zapach podawanej mu po raz dziesiąty tej samej potrawy – za każdym razem porządnie przetrawionej. Kawałek to właściwie cień tego czym Oasis byli jeszcze 2-3 lata wcześniej. Dalej mamy kolejną część galerii wspomnień – oparty na obrzydliwie skocznym rytmie „Underneath The Sky” to coś, co sprawia wrażenie niechlujnego zlepku She’s Electric i niesamowitego Digsy’s Dinner, jest też jawna kopia „Supersonic” z debiutu - rozwlekły (widzę, że bracia G. od początku mieli tendencje do wydłużania kawałków) „Listen Up”. Oprócz tego oczywiście pojawiają się sztandarowe smęty Noela w postaci karykaturalnego „Talk Tonight”. Ale, paradoksalnie, gdyby nie śpiew starszego (a właściwie to średniego) z braci Gallagher byłby to idealny numer do tworzenia parodii Oasis.
               Jego pseudopodniosły wokal wyprowadza z równowagi jeszcze trzy razy. "Going Nowhere" elektryzuje tytułem, ale zamiast ukazywać mroczniejszą stronę zespołu, ze swoim jarmarcznym charakterem schodzi na poziom tak niski, że nawet Oasis nie podejrzewałbym o taki upadek. Jest także denny „Half The World Away”. Nawet go nie zjadę, bo ciężko cokolwiek z niego zapamiętać. W sumie przez pierwsze 4-5 lat działalności zespołu Noel napisał tyle smęcących kawałków w których udziela się wokalnie, że śmiało mógł już wtedy wydać solową płytę. Tyle, że Noel to taki Coelho piosenki. Kupiłyby to zapewne nastolatki i egzaltowane gospodynie domowe, snobujące się na granie udające muzykę z wyższej półki, a w rzeczywistości będące kuriozum i szczytem patosu. Weźmy taki „Masterplan”. Masa osób się na to złapie, bo przecież jest oszczędny, uroczysty wstęp do którego dołącza potem orkiestra symfoniczna i zachowawczy wokal, który próbuje nadać kawałkowi pewną szlachetność. Tyle, że to tylko opakowanie. Noel uwielbiał przedstawiać igłę jako widły - z harcersko-ogniskowych piosenek robić coś na miarę hymnu narodowego i wsadzać do swoich piosenek komiczne frazy pokroju Body feels young but my mind is very old. Śpiewanie takich tekstów to strzał we własną stopę. Czy ktoś będzie chciał słuchać zrzędzącego starucha?
               Na całą ponadgodzinną płytę upchnięto też kilka szybszych numerów – „Rockin Chair”, który sprawdziłby się, może jako motyw do jakiegoś papkowatego show lecącego w weekend w TV, „Fade Away” – niechlujny brat "Rock N Roll Star", którego ostatnia minuta to bezsensowne hałasy. Jeszcze dochodzą całkiem udane „Headshrinker”, bardzo Nieoasisowy wymiatacz, a zarazem jeden z najszybszych kawałków jakie kiedykolwiek nagrał zespół. (a przeciągane For the rest of your life śpiewane chwilę przed solówką to chyba jedyny autentycznie genialny moment tej płyty) oraz „Swamp Song”, kozacki instrumentalny jam, który świetnie otworzył koncert grupy na Maine Road w kwietniu 1996. Są jeszcze typowo Oasisowe „It’s Good to Be Free”, z Bondowską progresją akordów (ale po co na koniec dano dźwięki wesołego miasteczka?) i Stay Young, o tyle ciekawy, że mimo, że jest to B-Side z ery Be Here Now, przebija on większość kawałków z tego krążka (pewnie dlatego, że jest od nich krótszy). Znalazł się jeszcze jeden kawałek "I am The Walrus" - całkiem niezły, tyle że nie ich. To nagrane na żywo wykonanie utworu Beatlesów. Mimo wszystko zaryzykuję jednak stwierdzenie, że stanęli na wysokości i dodali coś od siebie (mam tu na myśli psychodeliczne popisy Noela przez ostatnie dwie minuty)
             Chyba już padło 14 tytułów kawałków które znalazły się na tej płycie. A przy ilu z nich powiedziałem coś pozytywnego? Oj, chyba przy niewielu. Ale czego oczekiwać po robolach z Manchesteru, którzy dorwali się do gitar i postanowili wyjść do ludzi ze swoim brzdąkaniem?

2.4

niedziela, 6 marca 2016

Soundgarden - Badmotorfinger



              Rok 1991 był dość ciekawym momentem w muzyce. Dziwnym zbiegiem okoliczności wiele zespołów właśnie wtedy wydało płyty powszechnie uznawane za przełomowe w ich karierze (Blood Sugar Sex Magic) albo nawet dla całego gatunku, który reprezentowały (Loveless, Spiderland, Blue Lines). Wtedy także swoje nie tyle opus magnum (to akurat ukazało się kilka lat później) co pierwszą płytę, która zdobyła większy rozgłos wydał przypisywany do nurtu grunge Soundgarden. „Badmotorfinger” (palec wykonujący złe ruchy?) jak zatytułowany jest krążek ukazał się w październiku, kilka tygodni po wrzucanych do tego samego worka Nevermind i Ten. I tu pojawia się pierwszy zgrzyt. O ile krążki Nirvany i PJ mają jeszcze jakieś punkty wspólne, o tyle płyta SG to zupełnie inna liga. Nie jest to muzyka, którą mógłby grać pierwszy lepszy garażowy band, ani harcerski akordowy rock o nieco tylko zabrudzonym brzmieniu. To coś zupełnie innego, czego nie da się skwitować jednym zdaniem. W zasadzie już 2 poprzednie LP, które dzielił niecały rok ukazywały, że Soundgarden miał zdecydowanie większe ambicje niż większość kapel tworzonych przez obdartusów z Seattle.
                   Tym razem na kolejną płytę przyszło czekać aż dwa lata, jednak już pierwszy utwór pokazuje, że zespół wcale nie zamierza poprzestać na obudowanym w psychodeliczne efekty powolnym graniu – „Rusty Cage” jak nazywa się kawałek rozpoczyna się od piłującego riffu przywodzącego na myśl motyw ze słynnego „Paranoida” lub polskiego „Aliena”. Stosunkowo krótki jak na standardy tej płyty kawałek składa się z aż trzech sekcji o zróżnicowanym tempie, kilku zmian metrum i riffu opartego ‘rozmawiających’ ze sobą gitarach. Czegoś takiego bym się ,po zespole klasyfikowanym jako grunge, nie spodziewał – i nie sądzę, żeby wynikało to tylko ze zmiany na stanowisku basisty, która miała miejsce pewien czas po wydaniu „Louder Than Love”. Mimo urywającego łeb pierwszego kawałka kolejny wsadza go z powrotem na miejsce – Outshined jest zdecydowanie bliższy wcześniejszym dokonaniom zespołu, co gorsza popada w radiową hitowość. Koszmarny refren dokładnie kopiujący gitarę i chórek dośpiewujący eunusze „So Now You Know”, to również coś o co nie posądzałbym Dźwiękogrodników – niestety tym razem w sensie negatywnym. Dalej jednak pojawia się kolejny gigant - trwający 7 minut „Slaves and Bulldozers”, którego przytłaczający ciężar i Cornell despota (tu odwołuję się do tekstu) nie wykluczają hitowego refrenu, od którego w wykonaniach na żywo mogłyby pękać mury, a z okolicznych budynków sypałby się tynk (buldożer?). Czwarty w kolejności jest rozpoczynający się niczym zmasowany atak roju szerszeni „Jesus Christ Pose”, histeryczna gitara, brutalny refren oraz Cornell śpiewający na wysokich tonach po raz kolejny zmiatają z powierzchni ziemi. Inną historią jest kontrowersyjny tekst, w którym przedstawiona jest historia człowieka kreującego się na męczennika. Mimo, że jest to kolejny długi kawałek (prawie 6 minut) – to nie ma tu chwili grania ‘aby było dłużej’.
                 Kiepsko wypadają tu wszelkie momenty gdzie zespół nawiązuje do wcześniejszych lat. Takich fragmentów jak „Face Pollution” mogłoby nie być, nawet mimo wykorzystania w nim trąbki. Zresztą instrumenty dęte są tutaj używane bardzo powszechnie – rozpoczynający się od przenikliwego syku „Room A Thousand Years Wide” i piekielny blues „Drawing Flies” zręcznie odrywają od siebie łatki metalu właśnie dzięki solówkom na saksofonie. Zresztą kawałków, których nie można jednoznacznie zaklasyfikować jest tutaj więcej – zachowawcze „Mind Riot” i „Somewhere”, w którym można usłyszeć świetnie wyeksponowany bas oraz interesującą zmyłkę z przedwczesnym zakończeniem, W „Searching With My Good Eye Closed”
zwraca uwagę psychodelia przechodząca na zmianę w hitowość, oraz stylowa solówka. „Holy Water” to ciekawy przegniły mostek, ale też kilka Vedderowych zaśpiewów, co już takie dobre nie jest. Bezbarwnie wypada ostatni „New Damage”, w zasadzie mimo masy dobrej woli, po jego przesłuchaniu jedyne co przychodzi do głowy to: po diabła go tu dali? Może jakby się pojawił wcześniej? Ale nie, najlepiej by się w ogóle nie pojawiał - płytka jest i tak bardzo długa, więc rozciąganie jej do prawie godziny to strzał we własną stopę, szczególnie, że dla przeciętnych słuchaczy - z lekkim niedosłuchem w jednym uchu i sporą ilością żółtej substancji w drugim - muzyka Soundgarden wyda się i tak mało przystępna, a po spojrzeniu na tytuły kilku kawałków niektórzy z nich pomyślą, że zespół zamiast wydawać kolejne płyty, powinien zostać poddany egzorcyzmom (teledysk do „Jesus Christ Pose” został zdjęty z anteny MTV wkrótce po ukazaniu). I dlatego, mimo że „Badmotorfinger” pod kątem złożoności przebija wspomniane na początku albumy stawiane z nim w jednym rzędzie – odniósł znacznie mniejszy sukces niż wspomniane na początku płyty.

8.8

+ konstrukcja utworów
+ trudne do zaszufladkowania
+ Cornell
+ dźwięki pobudzające wyobraźnie

- fragmenty w stylu starego SG są  - nie ukrywajmy - kiepskawe

sobota, 27 lutego 2016

Foo Fighters - One By One



                 Foo Fighters od początku było kapelką, której trudno było odpiąć łatkę z napisem Dzieci Narkomana Kurta. Mimo że Dave dwoił się i troił, popełniał koszmarki pokroju "Everlong" czy "Next Year", demonstracyjnie nie założył nowej grupy ze starym kumplem Krisem tylko skaptował zupełnie nowych muzyków, a zamiast siedzieć i walić w bębny objął front, to dalej funkcjonował głównie jako „były perkusista Nirvany”. I tak przyszedł XXI wiek. Mimo, że formuła typowo riffowego łojenia w standardowych składach 2x gitara + sekcja rytmiczna zaczyna się wyczerpywać (co słusznie zauważyli już kilka lat wcześniej Billy Corgan oraz Radiołby zamieniając wiosła na parapety) Foo Fighters jedynie powiększeni o nowego gitarzystę wydają "One By One", będący ich 4 albumem studyjnym.
                  Zaczyna się wyjątkowo czerstwo – podany na zagrychę „All My Life” rozpoczyna się riffem równie finezyjnym co próby rozpalenia ognia w epoce paleolitu. Jeszcze większym bagnem okazuje się jakby podjarany Grohl, który ni to szepcze, ni to sapie, a wszystko z wielkim zapałem, ale energią godną wygłodzonego anemika. Wejście ostrzejszych gitar to kolejny cios który przyjmuje „One By One” – wyraźnie słychać, że Foo Fighters dołączyli do kapel biorących udział w Loudness War, przez co - i tak grzebane przez niemelodyjne wokale - zwrotki stają się autentyczną łupaniną. Na tej polityce zyskuje dopiero refren, którego bezpardonowość w połączeniu z natężeniem dźwięku cofa nas w czasy, gdy Foo Fighters było solowym projektem Grohla – zarówno pod kątem mocy jak i chwytliwości.  Koszmarnie wypada trwający wieczność (czyli całe 4 i pół minuty) Low, który śmiało mógłby rozbrzmiewać w dyskotekach pod koniec ubiegłego wieku. Nic tylko podejść do najbliższego typa posiadającego na zbyciu extasy czy inne syntetyki i polecieć w wir „dobrej” zabawy z urwaniem się filmu na koniec. Bez gwarancji, że po przebudzeniu dalej będziemy mieli portfel lub obie nerki. Żeby utrudnić pozbawione skrupułów zjechanie krążka, zaraz potem pojawia się perfidnie czepliwy, lekki „Have It All” ze skoczną perkusją i dziwnie, nieco elektronicznie, brzmiącą gitarą. Rzecz ogromnie świeża, nadająca się do radia, a zarazem niepopadająca w bezpłciowość.
                 Co tu jeszcze mamy – ciekawy singiel „Times Like These”. I to nie dlatego ciekawy, że wyróżnia się nietuzinkową strukturą czy jakoś zaskakuje, a dlatego, że został on wykorzystany kilka lat później przez niejakiego Jerzego Wędrownika Krzaka w kampanii prezydenckiej. Cokolwiek nie mówić o jego programie wyborczym, ludzie polecieli na całą akcję jak muchy na lep i zagwarantowali wyżej wspomnianemu kolejne 5 lat zameldowania w Białym Domu. Co do samej kompozycji – po pierwsze, w trakcie słuchania można sobie puścić równolegle „She Sells Sanctuary” The Cult i nie sądzę by całość utworzyła jeden wielki śmietnik. Po drugie, co może się w połączeniu z „po pierwsze” wydawać niedorzeczne – czy panowie postanowili pograć sobie britpop? Nie żebym miał coś przeciwko, ale to przestało być modne dobre kilka lat temu... Ale dla kilkudziesięciotysięcznej publiki zgromadzonej na stadionach, gdzie Dave w przerwach pomiędzy kolejnymi piosenkami łamie sobie nogi i beka (!) do mikrofonu(!!) – jak znalazł. „Disenchanted Lullaby” – niby opiera się tylko na 1 akordzie, ale to nie przeszkadza, a do tego odchodzący od radiowych brzmień refren to coś, na czym można spokojnie zawiesić ucho. Zaskoczeniem jest „Tired Of You” – mimo, że początkowo sprawia wrażenie zwolnionego „All My Life” to później staje się melancholijną balladą z wysmakowanymi partiami gitary prowadzącej. Foo Fighters jeszcze czegoś takiego nie proponowali. Nirvana zresztą też. Na tym LP kawałek naprawdę błyszczy, a i w całej dyskografii FF wyróżnia się pozytywnie (co w tym wypadku nie jest zaletą).
                Foo Fighters sypie tu kawałkami z bardzo różnych bajek – jest coś zahaczającego o space rock (przydługie „Halo”), zapadający w pamięć przez żałosną zaśpiewkę „Lonely as You”, który brzmi jakby był podebrany Lenny Krawcowi. W tym zdawałoby się worku bez dna znajdzie się też trochę rasowego badziewia – przerażający czasem trwania „Overdrive” i tworzony metodą na doklejkę „Burn Away”. Fuuuuu naprawdę nie powinni tworzyć utworów dłuższych niż 4 minuty – więc po spojrzeniu na czas trwania ostatniego na płycie „Come Back”, niewiele krótszy niż w wypadku słynnych schodów do nieba, można pomyśleć, że Grohl właśnie dołączył do braci Gallagher, Billy’ego Corgana i innych muzyków-megalomanów. Ale nie, ten numer jest naprawdę dobry, wręcz podejrzanie dobry jak na ten zespół. Brzmienia akustyczne, pianino, przejścia i wszystkie inne patenty podpatrzone u zespołów ze złotych lat hard rocka tworzą coś, co oddziela grubą kreską Foo Fighters lat 90.  i Foo Fighters XXI wieku. A w refrenie cwana zapowiedź, że to nie koniec działalności zespołu w postaci wieszczego „I Will Come Back”.
            Jest to jakaś rehabilitacja po fatalnym There Is Nothing Left To Lose. Ale właśnie – “jakaś”. “Jakaś” to może być przyjemność z podrapania się po plecach. Od dobrej muzyki oczekuje się znacznie więcej.

5.3

+ słyszalny rozwój
+ kilka dobrych momentów

- reszta to bezbarwny badziew
- loudness war